sobota, 12 lipca 2014

Kluczyk nieuwagi

Już ponad 10 lat zarabiam na życie pisaniem. A dokładniej pisaniem i jeżdżeniem samochodami. W sumie to nawet nie jestem w stanie policzyć, za kierownicą ilu aut siedziałem. Ostatnio częściej od nich zmieniam tylko bieliznę. Choć wolałbym, aby w moje życiowe „zmiany” w końcu wmieszane zostały jakieś kobiety. W sumie to wystarczyłaby jedna, określana przeze mnie mianem fajnej, nie sympatycznej.
Spośród wszystkich tak zwanych „testówek”, którymi jeździłem, zniszczyłem tylko (lub aż) jedną. I to w sumie dość konkretnie, bo naprawa kosztowała ponad 35 000 zł. Auta, wartego zresztą jakieś 3,5 razy tyle.
Było to dokładnie 14 lutego, czyli w dzień, kiedy ludzie okazują sobie miłość bardziej niż zazwyczaj. Prawdę mówiąc jechałem dużo za szybko, moją szarżę kończąc na pewnej wrocławskiej latarni. Tak mocno, że aż lampy spadły na dach, robiąc w nim dziury. Na szczęście nie siedziałem w kabriolecie ze „szmatą”, tylko w całkiem zwyczajnym 5-drzwiowym hatchbacku.
Znałem ten zakręt, bo wielokrotnie na granicy przyczepności pokonywałem go moją rajdówką. Niestety, w felerny dla mnie dzień zakochanych, a raczej wyjątkowo felerny, bo 14 lutego przez większość życia spędzam sam, zapomniałem, że kostka, ABS i hamowanie w ostatniej chwili nie są dobrym połączeniem. I nie były. Się okazało.
Kiedy indziej w pewnym pseudoterenowym samochodzie zdjąłem o drzewo taką plastikową nakładkę nadkola. Akurat na mojej stałej trasie z punku A do punktu B prawie zawsze zatrzymywałem się w lesie na tak zwaną potrzebę. Potrzebę A lub B, jednak bez udziału osób trzecich. Żeby nie było.
Po wykonaniu wszystkich niezbędnych czynności, wsiadłem do auta, wrzuciłem wsteczny i zacząłem cofać. Przy okazji też – zahaczać o niewielki pieniek. Na szczęście moją nieuwagę udało się bardzo łatwo naprawić, w miejsce plastikowego wkrętu stosując wkręt metalowy.
Wszystkich obtartych felg – szczególnie tych idealnych na polskie drogi 18-, 19- lub 20-calowych – nie jestem w stanie zliczyć. Podobnie, jak bąbli na oponach. W większości przypadków stoi za tym skleroza drogowców.
Całkiem niedawno okazało się, że samochód testowy można uszkodzić nie wsiadając nawet do niego. I to na bardzo drogim przykładzie, kosztującym więcej niż M4 w Warszawie.
Jak? Wystarczy zaparkować auto tyłem niedaleko od np. płotu. Tego dnia miałem go nawet nie ruszać, bo dzień wcześniej za jego kierownicą pokonałem dystans około 800 km, a limit przebiegu wynosił niewiele więcej. Od szefa otrzymałem więc dwa kluczyki - kluczyk A do auta miejskiego i kluczyk B do samochodu drogiego. Oba włożyłem do kieszeni i poszedłem na parking.
Będąc niedaleko B stwierdziłem, że muszę coś w nim sprawdzić. Chcąc odryglować drzwi sięgnąłem do kieszeni, znalazłem przycisk i nanizałem go. W tym momencie zamigały kierunkowskazy, a pokrywa bagażnika zaczęła się unosić. Niestety, nie zdołałem wcisnąć ponownie tego samego pstryczka i powstrzymać ten proces.
Klapa auta kosztującego więcej niż M4 w Warszawie wbiła się wręcz w pręt, do którego przymocowana została siatka ogrodzenia. Wtedy okazało się, że ten drogi i bardzo duży samochód ma pokrywę wykonaną z... jakiegoś tworzywa. Nie metalu. Co więcej, czujniki parkowania nie są w nim sprzęgnięte z systemem otwierania bagażnika, przez co np. dziecko bawiące się kluczykiem może narobić podobnych szkód. A nawet większych.
Moja nieuwaga, głupota i nieświadomość grożącego niebezpieczeństwa przyczyniły się do zrobienia dziury w klapie bagażnika. Może i niedużej, jednak całkowicie niepotrzebnej.
Przyznam, że sam bym tego nie wymyślił!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz