czwartek, 31 lipca 2014

Masturbacja to zło!


Szczerze mówiąc to mój konik, choć teraz lepiej do tego pasuje słowo „koń”. Nie pamiętam nawet od kiedy, ale nasza wspólna przyjaźń trwa chyba jakoś od „zerówki”, od pewnej przygody w wannie. Podobno zabawa siusiakiem u dzieci ma miejsce nawet wcześniej – w wieku 3-5 lat. Oczywiście, mimowolnie, co prowadzi do jedynej słusznej konkluzji, że grzech pierworodny, z jakim rodzi się człowiek, jest jak najbardziej logiczny.
Według definicji encyklopedycznej dzieci porzucają tego typu zabawy na kilka lat, by potem już na całego majstrować przy swoich genitaliach, tak od około 11. roku życia. W końcu lepiej, że w ten sposób dają upust swojej energii niż na przykład znęcając się nad rówieśnikami.
Masturbacja to zło – tak przynajmniej twierdzą kościół i niektórzy ludzie, którzy uznają się za katolików. Wśród nich znane są opowieści o dzieciakach ukaranych przez Boga za wykonywanie tej czynności. Na przykład pewna 17-latka podczas zabaw została trafiona piorunem, co doprowadziło do tego, że straciła czucie między nogami. Amerykańska gazeta opisująca jej przypadek, doszła do wniosku, że wilgoć pomiędzy rękoma dziewczyny a organem zadziałała jak przewodnik, wskazując wręcz piorunowi drogę. Dziwne, że do tej pory nic takiego mi się nie przydarzyło, a przecież już dawno zasłużyłem na jakiś medal, tudzież nagrodę „platynowej ręki”. Z drugiej strony, negatywne podejście wyznawców wiary do masturbacji może być trafnym wytłumaczeniem przypadków pedofilii w kościele.
Krzyż antymasturbacyjn
Ostatnio internet zagrzmiał na temat strony www.stopmasturbationnow.org, oferującej specjalny, antymasturbacyjny krzyż. „Rodzice, czy wyobrażaliście sobie Wasze dziecko podczas masturbacji? Nie obawiacie się, co robią Wasze dzieci, kiedy odwracacie się do nich plecami? Nie boicie się, że wpadną w sidła szatana?” – brzmi tekst pod zdjęciem tego wspaniałego urządzenia. Dostępne za 199 dolarów amerykańskich, stanowi współczesną wersję krzyża do wieszania ludzi. Z tym, że zamiast wisieć – leży – a elementem mocującym ciało dziecka (od 5 lat wzwyż) są rzepy, nie gwoździe. Bardzo zmyślne, jednak osobiście chętnie widziałbym w nim wynalazcę tego urządzenia, tak przez 24 godziny na dobę. Zarówno podczas kąpieli, pracy, jazdy samochodem, jak i korzystania z sedesu. Bo przecież nigdy nie wiadomo kiedy człowiek będzie miał ochotę na masturbację. I o kim będzie myślał, wykonując te rytmiczne ruchy ręką.
Czy zdarza się Wam czasem uczucie senności i zmęczenia? Ja miewam takie dość często. Nie dlatego, że przeginam ze sportem, a ostatnio – nieco z alkoholem. To wcale nie przez to! Niektórzy wierzą, że jeśli ktoś masturbuje się do jego zdjęcia, wtedy traci siły witalne. Muszę powiedzieć, że mam do tego nosa, ponieważ od zawsze stronię od fotografii, unikając obiektywu aparatu, niczym masturbacji w miejscach publicznych. Tylko, czy ktoś chciałby przy moim zdjęciu robić sobie „dobrze”? Wątpię, choć jedna moja znajoma twierdzi, że niemal codziennie odczuwa nagły odpływ sił. Szczególnie po spacerze po schodach.
Bardziej niż teorie wyznawców wiary, przekonują mnie seksuolodzy uważający, że masturbacja jest zdrowa, a także pewien bohater filmowy. Według niego, „ jeśli dać facetowi kobietę, to będzie miał zabawę na jeden dzień; dać mu rękę – pozna rozkosz na całe życie”.
I coś w tym jest, choć oczywiście osobiście tego nigdy raczej chyba nie sprawdziłem!  

niedziela, 20 lipca 2014

Siusiakiem w Miodka

Kto wymyślił „oj tam, oj tam” - nie mam pojęcia. Wiem tylko, że zacząłem go używać szybciej od innych. A przynajmniej tak mi się wydaje. Niezależnie od wszystkiego, tej osobie należy się pełne uznanie, bo stworzyła tekst dobry na każdą okazję. Taki, którym można wyrazić bardzo wiele.
Jeśli kiedykolwiek usłyszę „przebił się, jak przez błonę dziewiczą”, będę wiedział, że to tekst mojego młodszego brata, uwielbiającego wręcz słowotworzyć. Szlagierem w jego wykonaniu jest „siusiakowanie”, czyli takie „oj tam, oj tam”. Dlaczego? Bo to słowo może zostać użyte praktycznie w każdym znaczeniu. Oczywiście, przy odpowiedniej zmianie jego formy. I tak: „przysiusiakuj mi tu picie” oznacza przynieś. „Ale siusiaczność” to coś zajebistego, a „siusiaczento” - taki model samochodu. Produkcji Fiata zresztą.
Jakkolwiek to zabrzmi, siusiak jest bzikiem mojego brata. Ostatnio podczas gry w Fifę na Playstation jeden z jego zawodników zamiast pójść do piłki, zatrzymał się na chwilę, co Młody skwitował tekstem „stanął jak siusiak w krtani”. Innym razem, nie mogąc strzelić gola, pomimo bardzo wielu prób, stwierdził - „jak siusiakiem o brzytwę”. Jego ulubiony tekst, którego zresztą często nadużywa, to „odczytałem cię jak proktolog dupę”. Stosuje go akurat wtedy, kiedy przewidzi zagranie mojego piłkarza. Osobiście tego stwierdzenia nie znoszę!
„Taki prestiżowy jak siusiak wśród włosów łonowych” jest idealne do opisania metroseksualisty idącego ulicą. W sumie pasuje również do stojącego, siedzącego lub leżącego. O metroseksualistach, których zresztą zbyt wielu krąży po Warszawie, można powiedzieć także „ukradli kulturę gejom”. „Twoja twarz jest najlepszą metodą antykoncepcyjną” podobno powstało z myślą o mnie, ale wmawiam sobie, że tak jednak nie jest. Choć... Nie, niemożliwe!
Mój temat dyżurny to z kolei bąki. Niestety, nie są one tak „lotne” jak siusiak, dlatego stwierdzeniem, że „bąki są po to, by śmierdzieć” nie będę mógł ustawić się w jednym szeregu z twórcą „oj tam, oj tam”. Pozostanę więc przy moich pejoratywnych stwierdzeniach „pizdoczop”, „pizdozagajnik” lub też „pizdołap”.
A wszystkim nieustannie zafascynowanym kościołem katolickim przytoczę kolejny tekst Młodego - „minął się z powołaniem, jak ksiądz z byciem pedofilem”.
I siusiak.

sobota, 12 lipca 2014

Kluczyk nieuwagi

Już ponad 10 lat zarabiam na życie pisaniem. A dokładniej pisaniem i jeżdżeniem samochodami. W sumie to nawet nie jestem w stanie policzyć, za kierownicą ilu aut siedziałem. Ostatnio częściej od nich zmieniam tylko bieliznę. Choć wolałbym, aby w moje życiowe „zmiany” w końcu wmieszane zostały jakieś kobiety. W sumie to wystarczyłaby jedna, określana przeze mnie mianem fajnej, nie sympatycznej.
Spośród wszystkich tak zwanych „testówek”, którymi jeździłem, zniszczyłem tylko (lub aż) jedną. I to w sumie dość konkretnie, bo naprawa kosztowała ponad 35 000 zł. Auta, wartego zresztą jakieś 3,5 razy tyle.
Było to dokładnie 14 lutego, czyli w dzień, kiedy ludzie okazują sobie miłość bardziej niż zazwyczaj. Prawdę mówiąc jechałem dużo za szybko, moją szarżę kończąc na pewnej wrocławskiej latarni. Tak mocno, że aż lampy spadły na dach, robiąc w nim dziury. Na szczęście nie siedziałem w kabriolecie ze „szmatą”, tylko w całkiem zwyczajnym 5-drzwiowym hatchbacku.
Znałem ten zakręt, bo wielokrotnie na granicy przyczepności pokonywałem go moją rajdówką. Niestety, w felerny dla mnie dzień zakochanych, a raczej wyjątkowo felerny, bo 14 lutego przez większość życia spędzam sam, zapomniałem, że kostka, ABS i hamowanie w ostatniej chwili nie są dobrym połączeniem. I nie były. Się okazało.
Kiedy indziej w pewnym pseudoterenowym samochodzie zdjąłem o drzewo taką plastikową nakładkę nadkola. Akurat na mojej stałej trasie z punku A do punktu B prawie zawsze zatrzymywałem się w lesie na tak zwaną potrzebę. Potrzebę A lub B, jednak bez udziału osób trzecich. Żeby nie było.
Po wykonaniu wszystkich niezbędnych czynności, wsiadłem do auta, wrzuciłem wsteczny i zacząłem cofać. Przy okazji też – zahaczać o niewielki pieniek. Na szczęście moją nieuwagę udało się bardzo łatwo naprawić, w miejsce plastikowego wkrętu stosując wkręt metalowy.
Wszystkich obtartych felg – szczególnie tych idealnych na polskie drogi 18-, 19- lub 20-calowych – nie jestem w stanie zliczyć. Podobnie, jak bąbli na oponach. W większości przypadków stoi za tym skleroza drogowców.
Całkiem niedawno okazało się, że samochód testowy można uszkodzić nie wsiadając nawet do niego. I to na bardzo drogim przykładzie, kosztującym więcej niż M4 w Warszawie.
Jak? Wystarczy zaparkować auto tyłem niedaleko od np. płotu. Tego dnia miałem go nawet nie ruszać, bo dzień wcześniej za jego kierownicą pokonałem dystans około 800 km, a limit przebiegu wynosił niewiele więcej. Od szefa otrzymałem więc dwa kluczyki - kluczyk A do auta miejskiego i kluczyk B do samochodu drogiego. Oba włożyłem do kieszeni i poszedłem na parking.
Będąc niedaleko B stwierdziłem, że muszę coś w nim sprawdzić. Chcąc odryglować drzwi sięgnąłem do kieszeni, znalazłem przycisk i nanizałem go. W tym momencie zamigały kierunkowskazy, a pokrywa bagażnika zaczęła się unosić. Niestety, nie zdołałem wcisnąć ponownie tego samego pstryczka i powstrzymać ten proces.
Klapa auta kosztującego więcej niż M4 w Warszawie wbiła się wręcz w pręt, do którego przymocowana została siatka ogrodzenia. Wtedy okazało się, że ten drogi i bardzo duży samochód ma pokrywę wykonaną z... jakiegoś tworzywa. Nie metalu. Co więcej, czujniki parkowania nie są w nim sprzęgnięte z systemem otwierania bagażnika, przez co np. dziecko bawiące się kluczykiem może narobić podobnych szkód. A nawet większych.
Moja nieuwaga, głupota i nieświadomość grożącego niebezpieczeństwa przyczyniły się do zrobienia dziury w klapie bagażnika. Może i niedużej, jednak całkowicie niepotrzebnej.
Przyznam, że sam bym tego nie wymyślił!