wtorek, 20 grudnia 2011

Makaron z czajnika

Przez większą część mojego życia byłem i jestem singlem. Jakoś nie mogę trafić na tak zwaną „drugą połówkę”. Z połówek zdecydowanie częściej trafiam na takie w butelkach. Zazwyczaj szklanych i nie dających się wypić jednym haustem. Kiedyś trafiłem na kobietę o imieniu Iwona i potem długo żałowałem, że nie posłuchałem mojego kolegi, uświadamiającego mnie od czego ono pochodzi. A to takie proste - „na raz i won”! Bycie singlem ma jednak swoje plusy, oprócz oczywistych minusów. Mianowicie takie, że potrafię sam sobie posprzątać, nastawić pranie, uprasować koszulę, zrobić zakupy, a nawet ugotować co nieco. Nie mam dwóch lewych rąk, bo całe dorosłe życie radzę sobie z tymi czynnościami sam. No dobrze, prawie całe.
Ostatnio mój starszy brat (z zawodu dyrektor) po przyjściu do domu zadał mi pytanie, „jak ugotować makaron?”. Akurat jego żona wyjechała na kilka dni, więc chłop był zdany tylko na siebie. Oczywiście, po usłyszeniu pytania wyśmiałem go, mówiąc, iż makaron podgrzewa się w czajniku elektrycznym. Po chwili jednak na poważnie dodałem, że najpierw należy ugotować wodę, a dopiero później wrzucić do niej zawartość torebki. Brat odpowiedział mi tylko - „od takich czynności mam żonę”. Dobrze, że jeszcze potrafi zrobić sobie sam śniadanie, choć o istnieniu czynności zwanej zmywaniem naczyń już dawno zapomniał.
Nieraz byłem świadkiem nieporadności moich kolegów na terenie tzw. gospodarstwa domowego. A to jeden wyprał białe ubrania z czerwonym sweterkiem, dziwiąc się potem, że zafarbowało. Inny podgrzewał piwo w mikrofalówce na programie przeznaczonym do odmrażania pizzy. Wtedy nie tylko pękła szklanka, ale też trzeba było wymieniać korki w domu. I mikrofalówkę.
Jeszcze inny do zmywarki wkładał naczynia z resztkami żarcia, co spowodowało, że w końcu przestała działać. Według mnie, i tak wytrzymała długo. Ten sam kolega zresztą raz popisał się nieumiejętnością obrania cebuli, a pokrojony przez niego pomidor na kanapkę nadawał się dopiero po „splackowaniu” walcem. Niemal niepisaną normą jest mycie podłóg ściereczką do naczyń, a lodówki - ścierką do podłóg. W życiu spotkałem się jeszcze z próbą upieczenia w piekarniku zafoliowanej piersi kurzej czy też „mieleniem” pieprzu tłuczkiem do mięsa. Choć w przypadku tej ostatniej czynności trzeba zwrócić honor za wyjątkową poradność, zamiast załamywania rąk i tekstu „się nie da”.
Co się nie da, jak się da? Zamiast narzekać na kolegów i brata, może lepiej pójdę wyjąć makaron z czajnika. Bo chyba już „doszedł”...



1 komentarz: