Mam już swoje lata. Do tej pory przeżyłem ponad 12 tysięcy dni. Swoją drogą - ile to piwa?! Jak to w życiu bywa, raz były lepsze, raz gorsze. W ostatnie wakacje miałem taką małą kumulację. Jeden lipcowy dzień chętnie wymazałbym z pamięci, ale drugi - był jednym z najlepszych, jakie miałem.
Ta pamiętna sobota zaczęła się jeszcze w knajpie. Więcej nie pamiętam. Tylko tyle, że do domu dotarłem, gdy było już jasno. Jak zawsze w takim przypadku bywa, spałem zaledwie kilka godzin i obudziłem się jeszcze mocno wczorajszy. Czyli najebany.
Po godzinie 11 przyjechali po mnie kumpel ze swoją dziewczyną i pojechaliśmy malować ich mieszkanie. Wcześniej szybkie zakupy - kilka piw i coś do jedzenia. Na miejscu okazuje się, że kolega pomyślał o wszystkim, zabierając dla mnie nawet ubranie do malowania. Spodnie jego siostry były jednak dużo za ciasne, dlatego za nic nie mogłem ich dopiąć.
Mimo sporego zmęczenia i mocno opornej materii w postaci ceglastej ściany, robota szła naprawdę dobrze. Szczególnie, że napędzało mnie piwo, a na puszce białej farby wyczytałem - „Farba akrylowa mocno kryjąca”. To wystarczyło, by zbudować sobie w głowie odpowiednią otoczkę. Ja nie malowałem! Ja pokrywałem! W sumie to było najdłuższe „krycie” mojego życia. Dłuższe nawet niż rekord innego mojego kolegi, który kiedyś stwierdził, że robił to przez bite trzy godziny!
Słyszałem, że istnieją rekordy w liczbie „pokryć” jedno po drugim. Raz nawet gdzieś wyczytałem, że pewna niemiecka gwiazdka polskiego pochodzenia (już świętej pamięci, bo odeszła z tego świata z powodu komplikacji przy szóstej operacji cycek), chcąc pobić taki rekord trafiła do szpitala. Ale trzeba przyznać jedno! Mianowicie to, że była niesamowicie zawzięta.
Tak sobie myślę, że może ja ze swoją zawziętością w „pokrywaniu” powinienem trafić na jakąś listę rekordów. Tym bardziej że przy tym procederze napięcia nie wytrzymały spodnie, które najpierw zaczęły się pruć wzdłuż szwów, a później zerwałem je z siebie jednym ruchem, niczym gwiazdorzy filmów dla dorosłych.
P.S. Wieczorem poszliśmy do meksykańskiej knajpy, gdzie poszło kilka kolejek Tequili i gdzie poznałem bardzo interesującą młodą osobę. Ale to już opowieść na kiedy indziej...
niedziela, 18 grudnia 2011
czwartek, 15 grudnia 2011
Myszka z misiem?
Kiedyś na ulicy usłyszałem, jak jakiś facet zwrócił się do swojej „drugiej połówki” z tekstem „orzeszku”. Myślałem, że padnę ze śmiechu, wyobrażając sobie laskę, pracującą w cyrku i pośladkami rozgniatającą orzechy. Nie odważyłem się spytać dlaczego tak na nią mówi i myślę, że zrobiłem dobrze, bo czasem lepiej pewnych rzeczy nie wiedzieć.
O ile w pełni akceptuje zwyczajne, najnormalniejsze w świecie „kochanie”, o tyle, gdy słyszę „myszko”, „kotku” czy „tygrysku”, to mnie szlag trafia. Równie dobrze taka para mogłaby zwracać się do siebie „muszelko” oraz „paróweczko” i dawać upust swojej zwierzęcej chuci w miejscu publicznym, na przykład na środku wrocławskiego rynku.
Lubiłem być nazywany „misiu”, pomimo że gabaryt mam raczej skromny. Sam też do takiej jednej zwracałem się „słońce”, pomimo że raczej nie biła od niej specjalnie jasna aura. Kiedyś usłyszałem, jak pewna laska do faceta mówiła „ogrze”. Był on raczej zwyczajny, przeciętny i wcale nie miał zielonej skóry. Może nieprzeciętnie waliło mu tylko z ryja? Ciekaw też jestem, jak mówił on do swojej partnerki? „Orbitko”, „mentosku” czy może „tic taczko”?
Nieraz też słyszałem „żabko”, „kwiatuszku”, „gołąbeczko” czy „małpko”. Trzy pierwsze są raczej neutralne, ale czwarte - już niekoniecznie. Gdy o nim myślę, to gdzieś z tyłu głowy mam osobę wpieprzającą nieustannie banany i w każdej sytuacji wymagającej użycia szarych komórek, nieustannie drapiącą się po czuprynie. Albo po jajach.
Najbardziej jednak lubię „niuniuś”. Bo jest takie niewinne, urocze, sympatyczne i pełne ciepła. Raz nawet zostałem tak nazwany, ale chyba przez pomyłkę. Ostatnio namiętnie na moją bardzo dobrą kumpelę mówię „myszko”, a ona na mnie - „misiu”. Tak dla jaj.
Nie mam tylko odwagi spytać się o jedno! Mianowicie o to, czy jest myszką z misiem czy też bez...
O ile w pełni akceptuje zwyczajne, najnormalniejsze w świecie „kochanie”, o tyle, gdy słyszę „myszko”, „kotku” czy „tygrysku”, to mnie szlag trafia. Równie dobrze taka para mogłaby zwracać się do siebie „muszelko” oraz „paróweczko” i dawać upust swojej zwierzęcej chuci w miejscu publicznym, na przykład na środku wrocławskiego rynku.
Lubiłem być nazywany „misiu”, pomimo że gabaryt mam raczej skromny. Sam też do takiej jednej zwracałem się „słońce”, pomimo że raczej nie biła od niej specjalnie jasna aura. Kiedyś usłyszałem, jak pewna laska do faceta mówiła „ogrze”. Był on raczej zwyczajny, przeciętny i wcale nie miał zielonej skóry. Może nieprzeciętnie waliło mu tylko z ryja? Ciekaw też jestem, jak mówił on do swojej partnerki? „Orbitko”, „mentosku” czy może „tic taczko”?
Nieraz też słyszałem „żabko”, „kwiatuszku”, „gołąbeczko” czy „małpko”. Trzy pierwsze są raczej neutralne, ale czwarte - już niekoniecznie. Gdy o nim myślę, to gdzieś z tyłu głowy mam osobę wpieprzającą nieustannie banany i w każdej sytuacji wymagającej użycia szarych komórek, nieustannie drapiącą się po czuprynie. Albo po jajach.
Najbardziej jednak lubię „niuniuś”. Bo jest takie niewinne, urocze, sympatyczne i pełne ciepła. Raz nawet zostałem tak nazwany, ale chyba przez pomyłkę. Ostatnio namiętnie na moją bardzo dobrą kumpelę mówię „myszko”, a ona na mnie - „misiu”. Tak dla jaj.
Nie mam tylko odwagi spytać się o jedno! Mianowicie o to, czy jest myszką z misiem czy też bez...
środa, 14 grudnia 2011
Bliskie spotkanie drugiego stopnia
"Jak człowieka przyprze to zapomina o regulaminie!". Świadkiem podobnych historii byłem wielokrotnie. Zresztą nieraz sam zapominałem o jakimkolwiek regulaminie. Szczególnie po kilku piwach, nie mówiąc już o jabolu czy takim przezroczystym napoju pędzonym ze zboża. Przy pomocy tego ostatniego przystroiłem niegdyś podłogę, niejedną umywalkę, drzwi czy nawet okno, którego nie zdążyłem otworzyć. Na swoją korzyść zaliczam jednak fakt, że nigdy nie przystroiłem osoby postronnej. A przynajmniej tego nie pamiętam.
Jeden z moich kolegów miał za to spore doświadczenie w wykonywaniu stroików jedynie z własnym udziałem. W czasach liceum pił bez umiaru, co akurat nie zmieniło się do dzisiaj. Później zasypiał gdzieś pod krzakiem czy na jakimś krześle, jeśli impreza odbywała się np. w domu i był tak wycieńczony, że jeszcze później nie miał siły wstać. Całe szczęście, że ta wybitnie imprezowa jednostka rzygała głównie po sobie, dzięki czemu okoliczny krajobraz cierpiał niewiele. Że określa się nas, jako "człowieka rozumnego" - homo sapiens po łacinie - to po którymś razie kolega rzeczywiście poszedł po rozum do głowy. Nie! Nie przestał pić, tylko zaczął nosić ze sobą ubranie na zmianę, co zaowocowało tym, że mógł pić jeszcze więcej.
Przyparcie do muru innego rodzaju obserwowałem nieraz w lesie, szczególnie w czasach, gdy namiętnie biegałem na orientację. Na treningach podczas obozów kondycyjnych nieraz zdarzało mi się wbiec na jakąś polanę, na której stał zaparkowany samochód. W środku - akcja na całego. Szyby zaparowane, auto chodzi to w jedną, to w drugą stronę. Raz szybciej, raz wolniej. Że byłem po szkole mojego Dziadka, to wiedziałem co jest grane. Najlepszy w tej sytuacji był popłoch, gdy na chwilę on lub ona, zamiast dupy, unieśli głowę, by sprawdzić co się dzieje dookoła. Bezcenne!
Kiedyś z pewną parą przeżyłem niemal bliskie spotkanie trzeciego stopnia. To było w środku naprawdę rozległego lasu. Droga, którą akurat biegliśmy, ciągnęła się dobrych kilka kilometrów. Była prosta, jak lewy bok mojego telefonu. I prawy też. W mojej grupie znajdowało się z 5 osób. W trakcie treningu, jeśli na to jeszcze siły pozwalały, nigdy mi się gęba nie zamykała. Zresztą do dziś ciężko mnie uciszyć.
Biegniemy, rozmawiamy, kontrolujemy tempo i nagle ktoś rzuca tekst - "dobiegamy do tego białego kamienia i zawracamy". Zbliżamy się, a kamień, rzeczywiście biały jak mąka, zachowuje się, jakby był żywy. Przez chwilę po głowie krąży mi myśl, że może to moje zmęczenie daje znać o sobie. Mógłbym w to uwierzyć, gdyby nie to, że kamień porusza się, niczym różowy króliczek z reklamy baterii Duracell.
Nie chcąc przeszkadzać, zawracamy wcześniej. Tak, by naszemu nowo poznanemu, białemu króliczkowi baterie się nie wyczerpały.
"Bo jak człowieka przyprze, to zapomina o regulaminie!".
niedziela, 11 grudnia 2011
Jest miś - jest impreza!
W swoim życiu misiem byłem do tej pory tylko dwa razy. Podobno, będąc dzieckiem, miałem słuszną linię i na tle moich rówieśników wyglądałem na lekko spasionego. Potem z rodzicami pojechałem zagranicę i przywiozłem kilka kilogramów obywatela mniej. No dobrze, to zagranica przypłynęła do Polski z jakichś ciepłych krajów i została rzucona na półki sklepowe, by po wielogodzinnym staniu w kolejce, wylądować w moim brzuszku. To właśnie zjedzona pomarańcza wywołała u mnie zatrucie pokarmowe i spowodowała, że nie jadłem przez dwa tygodnie. Nic a nic! Z misia stałem się cieniem misia.
Drugi raz misiem zostałem już na studiach. Niezmiennie niedożywionym misiem, ale mojej ówczesnej dziewczynie niespecjalnie to chyba przeszkadzało. Zapewne dlatego, że potrafiłem ją rozgrzać i ogrzać, jak nikt inny. Szczególnie podczas jednych wakacji nad morzem, gdy po wypiciu kilku browarów, absolutnie przez przypadek zasnąłem na plaży. Akurat tego dnia była piękna, niemal bezwietrzna pogoda, słońce niemiłosiernie grzało, a mi spało się tak dobrze, jak nigdy. Gdy się obudziłem jeszcze nic, no może poza naskórkiem w kolorze typowym dla czerwonych tulipanów, nie wskazywało na to, że doznałem udaru słonecznego. Kilka godzin później grzałem już, niczym Farelka. I tak przez trzy dni z rzędu.
W piątek, gdy po raz trzeci zostałem misiem, też grzałem, tyle że ze znajomymi w knajpie. Siedzieliśmy przy barze, bo nigdzie indziej nie było miejsca. Jedna, druga, trzecia kolejka wiśniówki, wcześniej kilka piw. Faza - coraz większa. Że czasem lubię ubierać damskie ciuchy, to założyłem, będącego pod ręką, "miśka" mojej kumpeli. Czyli takie czarne futerkowe wdzianko z kapturem i śmiesznymi pomponami, sięgające mi gdzieś do połowy tułowia.
Później wszystko potoczyło się już bardzo szybko. Koledze zderzyły się w mózgu dwie kule, więc założył mi na głowę kaptur, a w tłum puścił hasło - "kto chce sobie zrobić zdjęcie z misiem?". Z pchły barowej przeistoczyłem się w misia barowego. Nabrałem odwagi, jak nigdy w życiu. Przy barze nie przepuszczałem nikomu, a raczej żadnej, co zresztą widać na zdjęciu obok! Z ceny wywoławczej 50 zł zszedłem do... jednego piwa. I? Niestety, żadna babka nie chciała zapłacić, co na pewno spowodowane jest kryzysem, tak intensywnie ostatnio nagłaśnianym przez media.
Ale przynajmniej było bardzo wesoło, a i poznałem wielu ludzi. Bo, jak jest miś - jest impreza!
I to na całego!
Drugi raz misiem zostałem już na studiach. Niezmiennie niedożywionym misiem, ale mojej ówczesnej dziewczynie niespecjalnie to chyba przeszkadzało. Zapewne dlatego, że potrafiłem ją rozgrzać i ogrzać, jak nikt inny. Szczególnie podczas jednych wakacji nad morzem, gdy po wypiciu kilku browarów, absolutnie przez przypadek zasnąłem na plaży. Akurat tego dnia była piękna, niemal bezwietrzna pogoda, słońce niemiłosiernie grzało, a mi spało się tak dobrze, jak nigdy. Gdy się obudziłem jeszcze nic, no może poza naskórkiem w kolorze typowym dla czerwonych tulipanów, nie wskazywało na to, że doznałem udaru słonecznego. Kilka godzin później grzałem już, niczym Farelka. I tak przez trzy dni z rzędu.
W piątek, gdy po raz trzeci zostałem misiem, też grzałem, tyle że ze znajomymi w knajpie. Siedzieliśmy przy barze, bo nigdzie indziej nie było miejsca. Jedna, druga, trzecia kolejka wiśniówki, wcześniej kilka piw. Faza - coraz większa. Że czasem lubię ubierać damskie ciuchy, to założyłem, będącego pod ręką, "miśka" mojej kumpeli. Czyli takie czarne futerkowe wdzianko z kapturem i śmiesznymi pomponami, sięgające mi gdzieś do połowy tułowia.
![]() |
| Miś ze świeżo poznaną panną. |
Ale przynajmniej było bardzo wesoło, a i poznałem wielu ludzi. Bo, jak jest miś - jest impreza!
I to na całego!
niedziela, 4 grudnia 2011
Z głową niekoniecznie w chmurach
Bardzo podobają mi się słownikowe definicje rzeczy, których używa się na co dzień i których znaczenie jest tak oczywiste, jak to, że polska reprezentacja w piłkę nożną nie wygra przyszłorocznego Euro. Ostatnio postanowiłem sprawdzić kubeł na śmieci.
Według wikipedii „to pojemnik, wykonany zazwyczaj z metalu lub tworzywa sztucznego, używany do przechowywania odpadów.” Można by na tym zakończyć, jednak autor definicji idzie dalej, pisząc: „Domowe kubły na odpady stoją zazwyczaj pod zlewozmywakiem w kuchni. Wrzuca się do nich zazwyczaj różnego rodzaju odpady kuchenne. Obecnie często do kubłów na śmieci wkłada się torby plastikowe. Pozwala to na utrzymanie kubła w czystości, a wyrzuca się do śmietnika torbę ze śmieciami.” W tym miejscu przydałaby się jeszcze instrukcja korzystania z kosza i wtedy byłaby naprawdę pełna profeska.
Dalej pisze, że „w pokojach zazwyczaj stawia się ozdobne pojemniki na śmieci, do których wrzuca się np. papiery. Pojemniki te mają czasami pedał do podnoszenia pokrywy (jeżeli pokrywa jest częścią pojemnika)”. Nic dodać, nic ująć!
Ostatnio, robiąc przystanek w trasie, natrafiłem na pojemnik na śmieci w kształcie ryby. Jego „otwór wejściowy”, bo chyba tak to należy ująć, był bardzo duży. Tak duży, że nie mogłem sobie odmówić, by zajrzeć do środka. Robiąc szybki rzut okiem po wnętrzu kubła, zauważyłem, że nikt nie pofatygował się, aby umieścić tam plastikowy worek na śmieci. Stawiam orzeszki przeciw dolarom, że pozwoliłoby to na utrzymanie kosza w czystości i pozbawiłoby go tego nieprzyjemnego zapachu. Oczywiście, łatwiej dałoby się też owy pojemnik opróżnić, wyrzucając do śmietnika torbę ze śmieciami. Widać, że ten, kto postawił „rybę”, nie zna wikipediowskiej definicji kosza na śmieci.
Przyznam się, że ja wtedy też jej nie znałem, nie wiedząc o jednym. Mianowicie o tym, że do kubła nie powinno wkładać się głowy. Włożyłem, poczułem, prawie zemdlałem. Dlatego też apeluję do autora wpisu w wikipedii, by dodał, że do kosza na śmieci nie wkładamy głowy!
Z góry dziękuję... z głową w śmietniku!
sobota, 3 grudnia 2011
Na początku były jęki
Jakoś ostatnio zebrało mi się na wspomnienia o moim Dziadku. Uwielbiałem go od najmłodszych lat. Za to, że zabierał mnie na Colę do knajpy, na basen, na ryby i pozwalał spędzać ze sobą czas w garażu, gdzie miał setki części do swojego ukochanego 126p. Co z tego, że większość z nich do niczego się nie nadawała?
Gdy nieco podrosłem, wyczaiłem, że mój Dziadek do świętych nie należy, a w garażu spędzał całe dnie nie bez powodu. Udając, że grzebie w swoim Maluchu, popijał nalewkę za nalewką. Ba, gdy mu się jedna skończyła, potrafił zapakować mnie do auta i przejechać kilkaset metrów po kolejną. Nie pamiętam tylko czy wężykiem, czy raczej na wprost. Babcia wręcz go za to uwielbiała, czego wyrazem były częste awantury.
Prawdziwy przełom w moich relacjach z Dziadkiem miał miejsce, gdy z rodzicami sprowadziliśmy się do jego domu. A raczej rok później, gdy Dziadek odkrył firmę Fujitsu, produkującą tani sprzęt audio-wideo i kupił sobie wideo. Pierwszy film, jaki wypożyczył z wypożyczalni, nie zwiastował niczego złego, ale kolejne wpłynęły już mocno na moją chłopięcą psychikę. Bo Dziadek lubował się w porno!
Pamiętam, jak przychodziłem ze szkoły do domu. Już na progu witały mnie znajome pojękiwania panienek, grających w filmach dla dorosłych. A że Dziadek najlepszego słuchu nie miał, to niosło się po całym domu. Lubił też podczas seansu sobie wypić nalewkę, dwie lub trzy i... zasnąć. Czasem, nie mogąc wytrzymać nieustannych jęków, a i pchany też ciekawością, wchodziłem do jego pokoju, by ściszyć telewizor. Oczywiście, nie omieszkałem przy okazji rzucić okiem na ekran.
Tak naprawdę, dzięki mojemu Dziadkowi dowiedziałem się, że z rozmnażaniem człowieka wcale nie jest tak, jak tłumaczyła mi to w czwartej klasie podstawówki pani na lekcji biologii. Mężczyzna i kobieta wcale nie kładą się obok siebie, a plemniki wcale nie przechodzą sobie przez pościel w kierunku komórki jajowej, by doszło do zapłodnienia. Już w piątej klasie wiedziałem, że odbywa się to zgoła inaczej. I że są jęki!
Niestety, swoim japońskim wynalazkiem Dziadek nie nacieszył się zbyt długo, bo jakiś rok później doznał udaru mózgu. Nie, nie podczas seansu, tylko w czasie jazdy samochodem.
Teraz, ponad 10 lat od jego śmierci, zastanawiam się czy aby filmy porno nie miały z tym jednak coś wspólnego. Ale niezależnie od wszystkiego, mój Dziadek pozostanie w mojej pamięci, jako pierwszy nauczyciel wychowania seksualnego. Potem lekcji udzielały mi już tylko koleżanki. I w sumie mogłyby poudzielać jeszcze...
Gdy nieco podrosłem, wyczaiłem, że mój Dziadek do świętych nie należy, a w garażu spędzał całe dnie nie bez powodu. Udając, że grzebie w swoim Maluchu, popijał nalewkę za nalewką. Ba, gdy mu się jedna skończyła, potrafił zapakować mnie do auta i przejechać kilkaset metrów po kolejną. Nie pamiętam tylko czy wężykiem, czy raczej na wprost. Babcia wręcz go za to uwielbiała, czego wyrazem były częste awantury.
Prawdziwy przełom w moich relacjach z Dziadkiem miał miejsce, gdy z rodzicami sprowadziliśmy się do jego domu. A raczej rok później, gdy Dziadek odkrył firmę Fujitsu, produkującą tani sprzęt audio-wideo i kupił sobie wideo. Pierwszy film, jaki wypożyczył z wypożyczalni, nie zwiastował niczego złego, ale kolejne wpłynęły już mocno na moją chłopięcą psychikę. Bo Dziadek lubował się w porno!
Pamiętam, jak przychodziłem ze szkoły do domu. Już na progu witały mnie znajome pojękiwania panienek, grających w filmach dla dorosłych. A że Dziadek najlepszego słuchu nie miał, to niosło się po całym domu. Lubił też podczas seansu sobie wypić nalewkę, dwie lub trzy i... zasnąć. Czasem, nie mogąc wytrzymać nieustannych jęków, a i pchany też ciekawością, wchodziłem do jego pokoju, by ściszyć telewizor. Oczywiście, nie omieszkałem przy okazji rzucić okiem na ekran.
Tak naprawdę, dzięki mojemu Dziadkowi dowiedziałem się, że z rozmnażaniem człowieka wcale nie jest tak, jak tłumaczyła mi to w czwartej klasie podstawówki pani na lekcji biologii. Mężczyzna i kobieta wcale nie kładą się obok siebie, a plemniki wcale nie przechodzą sobie przez pościel w kierunku komórki jajowej, by doszło do zapłodnienia. Już w piątej klasie wiedziałem, że odbywa się to zgoła inaczej. I że są jęki!
Niestety, swoim japońskim wynalazkiem Dziadek nie nacieszył się zbyt długo, bo jakiś rok później doznał udaru mózgu. Nie, nie podczas seansu, tylko w czasie jazdy samochodem.
Teraz, ponad 10 lat od jego śmierci, zastanawiam się czy aby filmy porno nie miały z tym jednak coś wspólnego. Ale niezależnie od wszystkiego, mój Dziadek pozostanie w mojej pamięci, jako pierwszy nauczyciel wychowania seksualnego. Potem lekcji udzielały mi już tylko koleżanki. I w sumie mogłyby poudzielać jeszcze...
czwartek, 1 grudnia 2011
Ćma z nietoperzem w kretowisku?
W swoim życiu miałem różne fascynacje. Jedne przemijały szybko i bezpowrotnie, inne niekiedy powracają, a jeszcze inne nieprzerwanie trwają do dziś. W młodości zachwycałem się klonowaniem dżdżownic poprzez prosty ruch, polegający na jednoczesnym pociągnięciu za oba końce owego zwierzęcia. Pamiętam, że gdzieś usłyszałem, iż w ten sposób powstają dwie. Rzeczywiście powstawały, ale żyły dosłownie chwilę. W sumie dość długo wierzyłem, że uda mi się kiedyś zostać małym Frankensteinem, jednak po którymś razie dałem za wygraną i przerzuciłem się na słuchanie Modern Talking. Teraz wstydzę się tego, ale jakoś muszę z tym żyć. Nieco później zacząłem zachwycać się moimi koleżankami, i w sumie ta fascynacja pozostała mi do dziś. Najgorszy jest jednak fakt, że raczej nie działa to w drugą stronę.
W drugą stronę nie działa także moja fascynacja gwarą więzienną, zwaną grypserą. Nie siedziałem w więzieniu, nie znam żadnego recydywisty, nigdy nie byłem cwelem. Po prostu jestem zachwycony tym, jaką bogatą w absurdy wyobraźnie mają panowie zza krat. Mój ulubiony przykład to: „hyudrowahotargacz posypany niklem”. I weź tu zgadnij o co chodzi! Odpowiedź jest przecież bardzo prosta – „kran chromowany”.
Ale jeszcze lepsze są nowe znaczenia słów, jakie znam z życia codziennego. O ile gały, giwera, fart, wciskanie kitu czy klamka przyszły do nas z ciemnej strony mocy, o tyle wiele przeszło na drugą stronę. Beret to w gwarze więziennej deska sedesowa. Czym więc byłby moherowy beret? Mi osobiście kojarzy się z takim „miśkiem” na deskę, co by pośladki i uda nie marzły zimą. Dziurkacz to alfons, a harem – niekoniecznie ulubione miejsce muzułmańskich władców. W gwarze więziennej to cela frajerów, a więc osób niższej kategorii. Czyli zgadzałoby się, bo w niektórych krajach arabskich kobiety traktowane są przecież gorzej niż psy. Planeta to z kolei dziewczyna, a koperek – włosy łonowe. Myślę sobie, że w dobie tak ogólnego dostępu do maszynek do golenia i mody na „gładkość”, słowo koperek jest jednak coraz rzadziej używane.
Studiując (nieustannie przez 24 godziny, bez jedzenia i picia) grypserę zauważyłem zresztą więcej nawiązań do świata roślin i zwierząt. Ćma to prostytutka, dynia to piersi, papuga to adwokat, a kretowisko oznacza burdel. Totalnie rozwaliło mnie słowo nietoperz, które jest określeniem na ślepca. Banany oznaczają natomiast cenny łup, a rybak to zwyczajny kieszonkowiec. Całe szczęście, że nigdy nie dałem się złapać na jego wędkę.
W życiu też nie „styrałem na nikim dziewionę”, nie „przyżeniłem kosałki”, ani też nie „przewaliłem nikogo na pakiel”. Zdarzało mi się za to, szczególnie w czasach liceum, bo w podstawówce miałem zdecydowanie lepsze stopnie, „żenić moim rodzicom bałach na wydrę”, nie mówiąc już o „uderzaniu w kimę”.
A gdyby tak poodwracać znaki drogowe czy wziąć linijkę i do przyjazdu policji naciskać wszystkie przyciski w domofonie? Może wtedy miałbym szansę sprawdzić moją znajomość grypsery i poznać nowinki językowe?
Nie! Chyba najpierw zostanę żulem, dryniąc nieustannie szpachlówę!
Subskrybuj:
Posty (Atom)


