niedziela, 20 stycznia 2019

Psuj, czyli najgorszy współlokator świata

Mówię na niego Psuj. Choć kiedyś wystarczyło Tomek. Ale kiedyś było inaczej, bo nie był moim współlokatorem. Na szczęście dziś już z nim nie mieszkam.
Wspólny koszmar trwał niemal rok. Nie, żeby Psuj latał po mieszkaniu i wymachiwał siekierą. To grzeczny i raczej ułożony człowiek, choć roztargniony, jak pacjent po narkozie. A przy okazji też cholernie cwany.
Wszystko zaczęło się jeszcze zanim został moim współlokatorem. Tomek zadzwonił do mnie z pytaniem czy byśmy nie zamieszkali razem. Akurat z kasą było u mnie dość kiepsko, więc się zgodziłem. Zaznaczyłem od razu, że chcę wynająć mieszkanie od lipca, na co usłyszałem odpowiedź twierdzącą.
Połowa czerwca, jestem drugi dzień w Warszawie, spotykam się z Tomkiem i szukamy mieszkań do wynajęcia. W pewnym momencie Tomek mówi do mnie – wiesz, zapomniałem ci powiedzieć przez telefon, ale ja dopiero od sierpnia mogę coś wynająć. Głupi byłem, że się tym nie zraziłem i pomieszkując u kolegi, czekałem kolejny miesiąc.
Szybko okazało się, że Tomek nie jest fajnym współlokatorem, mimo że przez pewien czas było fajnie. Nawet nazywaliśmy się „mendo, dziwko pastewna, suko”... Na piwie też raz byliśmy i przez chwilę wytworzyła się między nami taka męska przyjaźń. Niestety, tylko przez chwilę. Zresztą wystarczyła też chwila, by Tomek kiedyś wrócił do domu i się na mnie obraził za to, że spytałem się go – jak było w pracy Dziwko? Tak nagle, bo akurat miał gorszy dzień.
Na ksywę Psuj Tomek zasłużył nieco później. Trzy razy łączyłem taki srebrny łańcuszek z korkiem od wanny, zanim jedno z jego ogniw przepadło w kanalizacji. Okazało się też, że berło do kibla jest produktem łatwo psującym się, nie mówiąc o talerzu, kubku czy szklance.
Umyte lustro nie lśniło długo, ponieważ Psuj miał tendencje do bardzo intensywnego mycia kłów i rozbryzgiwania takich małych białych kropeczek po całej łazience. Podobne rozbryzgi, z tym że z garnka i patelni, nieustannie ozdabiały kuchenkę. Raz nawet zbyt długie gotowanie jajek przez Psuja skończyło się wybuchem. Nigdy wcześniej czegoś takiego zresztą nie widziałem. Okazało się bowiem, że eksplodujące jajko może znaleźć się na trzech ścianach oraz na podłodze i suficie. Psujowi tak przedłużyła się rozmowa telefoniczna, że zapomniał o tym, co zostawił „na gazie”. Od kiedy pamiętam, Psuj uwielbiał pozostawiać stertę brudnych naczyń w zlewozmywaku i okolicach, okruszki na blacie w kuchni czy herbatę na ścianie.
Psuj często czegoś zapominał. Szczególnie, gdy wychodził z domu i wracał się raz lub dwa razy. Raz zapomniał przez miesiąc się do mnie odzywać, ale pamiętał, by mnie unikać. Później tłumaczył się gorszym samopoczuciem. Jakiś czas temu Psuj zapomniał wysłać PIT-a oraz zostawił klucz w spodniach w innym mieście, przez co miałem budzenie o 3 w nocy, gdy ktoś dobijał się do drzwi. Z kluczem wiązało się więcej ciekawych zdarzeń. Kilka razy nie zamknął drzwi od domu na klucz, raz nawet – zostawił je niedomknięte. A przecież miał w życiu traumę związaną z włamaniem do jego poprzedniego mieszkania i kradzieżą komputera.
Zresztą jedna akcja z kluczem była wyjątkowa. Jestem w pracy i patrzę dzwoni on. W słuchawce słyszę – przyjedź, bo wróciłem do domu z pracy po jedną rzecz, zostawiłem klucz w drzwiach od drugiej strony i ktoś musiał go ukraść. Jadę. Na miejscu zastaję zamek rozkręcony i Psuja w blokach startowych. Wychodzi z domu po nową wkładkę. Po chwili dzwonek do domofonu - rzuć mi telefon, bo zapomniałem. Idę do łazienki, patrzę w lustro (zresztą pełne takich małych białych kropek od pasty do zębów), a pod nim... Klucz! Psuj nawet mnie przeprosił i zapowiedział zakup wina, tudzież piwa, ale...
Chyba zapomniał!

P.S. Psuj pod koniec zyskał też inną ksywę. Nazywałem go mianowicie Skarpetkowym Potworem, ponieważ od pewnego czasu zaczęły mi ginąć skarpetki. Przypadek, przypadek?!

czwartek, 31 lipca 2014

Masturbacja to zło!


Szczerze mówiąc to mój konik, choć teraz lepiej do tego pasuje słowo „koń”. Nie pamiętam nawet od kiedy, ale nasza wspólna przyjaźń trwa chyba jakoś od „zerówki”, od pewnej przygody w wannie. Podobno zabawa siusiakiem u dzieci ma miejsce nawet wcześniej – w wieku 3-5 lat. Oczywiście, mimowolnie, co prowadzi do jedynej słusznej konkluzji, że grzech pierworodny, z jakim rodzi się człowiek, jest jak najbardziej logiczny.
Według definicji encyklopedycznej dzieci porzucają tego typu zabawy na kilka lat, by potem już na całego majstrować przy swoich genitaliach, tak od około 11. roku życia. W końcu lepiej, że w ten sposób dają upust swojej energii niż na przykład znęcając się nad rówieśnikami.
Masturbacja to zło – tak przynajmniej twierdzą kościół i niektórzy ludzie, którzy uznają się za katolików. Wśród nich znane są opowieści o dzieciakach ukaranych przez Boga za wykonywanie tej czynności. Na przykład pewna 17-latka podczas zabaw została trafiona piorunem, co doprowadziło do tego, że straciła czucie między nogami. Amerykańska gazeta opisująca jej przypadek, doszła do wniosku, że wilgoć pomiędzy rękoma dziewczyny a organem zadziałała jak przewodnik, wskazując wręcz piorunowi drogę. Dziwne, że do tej pory nic takiego mi się nie przydarzyło, a przecież już dawno zasłużyłem na jakiś medal, tudzież nagrodę „platynowej ręki”. Z drugiej strony, negatywne podejście wyznawców wiary do masturbacji może być trafnym wytłumaczeniem przypadków pedofilii w kościele.
Krzyż antymasturbacyjn
Ostatnio internet zagrzmiał na temat strony www.stopmasturbationnow.org, oferującej specjalny, antymasturbacyjny krzyż. „Rodzice, czy wyobrażaliście sobie Wasze dziecko podczas masturbacji? Nie obawiacie się, co robią Wasze dzieci, kiedy odwracacie się do nich plecami? Nie boicie się, że wpadną w sidła szatana?” – brzmi tekst pod zdjęciem tego wspaniałego urządzenia. Dostępne za 199 dolarów amerykańskich, stanowi współczesną wersję krzyża do wieszania ludzi. Z tym, że zamiast wisieć – leży – a elementem mocującym ciało dziecka (od 5 lat wzwyż) są rzepy, nie gwoździe. Bardzo zmyślne, jednak osobiście chętnie widziałbym w nim wynalazcę tego urządzenia, tak przez 24 godziny na dobę. Zarówno podczas kąpieli, pracy, jazdy samochodem, jak i korzystania z sedesu. Bo przecież nigdy nie wiadomo kiedy człowiek będzie miał ochotę na masturbację. I o kim będzie myślał, wykonując te rytmiczne ruchy ręką.
Czy zdarza się Wam czasem uczucie senności i zmęczenia? Ja miewam takie dość często. Nie dlatego, że przeginam ze sportem, a ostatnio – nieco z alkoholem. To wcale nie przez to! Niektórzy wierzą, że jeśli ktoś masturbuje się do jego zdjęcia, wtedy traci siły witalne. Muszę powiedzieć, że mam do tego nosa, ponieważ od zawsze stronię od fotografii, unikając obiektywu aparatu, niczym masturbacji w miejscach publicznych. Tylko, czy ktoś chciałby przy moim zdjęciu robić sobie „dobrze”? Wątpię, choć jedna moja znajoma twierdzi, że niemal codziennie odczuwa nagły odpływ sił. Szczególnie po spacerze po schodach.
Bardziej niż teorie wyznawców wiary, przekonują mnie seksuolodzy uważający, że masturbacja jest zdrowa, a także pewien bohater filmowy. Według niego, „ jeśli dać facetowi kobietę, to będzie miał zabawę na jeden dzień; dać mu rękę – pozna rozkosz na całe życie”.
I coś w tym jest, choć oczywiście osobiście tego nigdy raczej chyba nie sprawdziłem!  

niedziela, 20 lipca 2014

Siusiakiem w Miodka

Kto wymyślił „oj tam, oj tam” - nie mam pojęcia. Wiem tylko, że zacząłem go używać szybciej od innych. A przynajmniej tak mi się wydaje. Niezależnie od wszystkiego, tej osobie należy się pełne uznanie, bo stworzyła tekst dobry na każdą okazję. Taki, którym można wyrazić bardzo wiele.
Jeśli kiedykolwiek usłyszę „przebił się, jak przez błonę dziewiczą”, będę wiedział, że to tekst mojego młodszego brata, uwielbiającego wręcz słowotworzyć. Szlagierem w jego wykonaniu jest „siusiakowanie”, czyli takie „oj tam, oj tam”. Dlaczego? Bo to słowo może zostać użyte praktycznie w każdym znaczeniu. Oczywiście, przy odpowiedniej zmianie jego formy. I tak: „przysiusiakuj mi tu picie” oznacza przynieś. „Ale siusiaczność” to coś zajebistego, a „siusiaczento” - taki model samochodu. Produkcji Fiata zresztą.
Jakkolwiek to zabrzmi, siusiak jest bzikiem mojego brata. Ostatnio podczas gry w Fifę na Playstation jeden z jego zawodników zamiast pójść do piłki, zatrzymał się na chwilę, co Młody skwitował tekstem „stanął jak siusiak w krtani”. Innym razem, nie mogąc strzelić gola, pomimo bardzo wielu prób, stwierdził - „jak siusiakiem o brzytwę”. Jego ulubiony tekst, którego zresztą często nadużywa, to „odczytałem cię jak proktolog dupę”. Stosuje go akurat wtedy, kiedy przewidzi zagranie mojego piłkarza. Osobiście tego stwierdzenia nie znoszę!
„Taki prestiżowy jak siusiak wśród włosów łonowych” jest idealne do opisania metroseksualisty idącego ulicą. W sumie pasuje również do stojącego, siedzącego lub leżącego. O metroseksualistach, których zresztą zbyt wielu krąży po Warszawie, można powiedzieć także „ukradli kulturę gejom”. „Twoja twarz jest najlepszą metodą antykoncepcyjną” podobno powstało z myślą o mnie, ale wmawiam sobie, że tak jednak nie jest. Choć... Nie, niemożliwe!
Mój temat dyżurny to z kolei bąki. Niestety, nie są one tak „lotne” jak siusiak, dlatego stwierdzeniem, że „bąki są po to, by śmierdzieć” nie będę mógł ustawić się w jednym szeregu z twórcą „oj tam, oj tam”. Pozostanę więc przy moich pejoratywnych stwierdzeniach „pizdoczop”, „pizdozagajnik” lub też „pizdołap”.
A wszystkim nieustannie zafascynowanym kościołem katolickim przytoczę kolejny tekst Młodego - „minął się z powołaniem, jak ksiądz z byciem pedofilem”.
I siusiak.

poniedziałek, 29 lipca 2013

Benefity z IKEA, czyli jak...

...wkurzyć byłego współlokatora? Wystarczy wypełnić formularz, a przesyłka sama dojdzie. To dopiero początek!

Można to zrobić w IKEA...

...lub przez internet

niedziela, 28 lipca 2013

Przyjaźń damsko-męska

Jeśli mówisz facetowi, że jest atrakcyjny, jednocześnie uważasz się za jego przyjaciółkę i przy okazji skracasz dystans, to tak, jakbyś usiadła na pracującej pile tarczowej z wiarą, że nie dobierze ci się do dupy. 

niedziela, 30 czerwca 2013

Rasizm

Jeśli znęcasz się nad kimś fizycznie, to upewnij się, że jest to osoba tego samego koloru skóry. Inaczej możesz zostać posądzony o rasizm!

czwartek, 6 czerwca 2013

Cała prawda o byciu singlem

Z byciem singlem jest jak z ostatnimi minutami meczu w piłkę nożną – nie ma czasu na przeprowadzanie długiej akcji, ale chce się strzelić gola.

niedziela, 19 maja 2013

Byłem przestępcą


Bylem przestępcą. I podobnie jak każdy przestępca zostałem oskarżony za niewinność. Moją winą był jedynie fakt, że kiedyś w placówce pewnego banku wziąłem pożyczkę. Nie u Pana Zenka za płotem w jakiejś zawszonej ruderze, tylko w banku. Kwotę niemałą w sumie, i to na dużym procencie. Bo bank podejmował przecie spore ryzyko.
Po kilku dobrych latach od tego wydarzenia, i comiesięcznych wpłatach, do mojego domu przyszła policja. Mili panowie zrobili małe przeszukanie i zabrali mnie do prokuratury. Na przesłuchanie. Podobno skłamałem w moich dochodach i dałem komuś jakąś łapówkę. Nic na mnie nie mieli, poza tym, że w swoim życiu, w placówce banku zetknąłem się z pewnym obrotnym dyrektorem, który z drugim obrotnym kolesiem miał jakiś proceder. To była moja cała wina. Podobnie jak to, że podrobiłem podpis księgowej z firmy, w której pracowałem i sam wypełniłem kwit o zarobkach. Chuj z PIT-ami i z wyciągami z konta. Te chyba też podrobiłem, choć nie przypominam sobie.
Kaucję ode mnie wzięli na kwotę pięciocyfrową z trójką z przodu, bo inaczej siedziałbym w areszcie z jakimiś przestępcami, równie niewinnymi, co ja. Przy okazji też zakazali wyjeżdżać z kraju, kontaktować się z tymi obrotnymi jegomościami z banku oraz nakazali co miesiąc stawiać na komisariacie. Dozór policji to się nazywa. Podobne środki zapobiegawcze zastosowano wobec mamy Magdy z Sosnowca, natomiast marszałek województwa podkarpackiego z siedmioma zarzutami korupcyjnymi i nie tylko, musiał za swoją tymczasową wolność zapłacić kwotę dwa razy wyższą niż moja.
I tak śledztwo trwało 21 miesiący prawie. W tym czasie, niczym pies za rzuconym kijem, zapieprzałem z Warszawy (gdzie mieszkam od kilku lat) do Wrocławia na każde wezwanie prokuratury. Na każde skinienie palca. Oczywiście, nieustannie przeinaczano moje nazwisko, a o mojej winie zaświadczał cały tłum pracowników banku, którzy widzieli, jak podrabiam pismo z firmy, PIT-y i wyciągi z mojego konta.
Trzy miesiące po wpłaceniu poręczenia majątkowego, musiałem zasuwać 350 km do mądrych urzędników z wydrukiem potwierdzającym moją wpłatę. To co ja do cholery robiłem na wolności jeszcze?
Okazuje się, że prokuraturze oficjalne dokumenty nie wystarczają i na potwierdzenie miejsca, gdzie pracowałem, a było to akurat pewne wydawnictwo, musiałem dostarczyć gazety lub też wydruki z moimi artykułami. Chuj z PIT-ami i wyciągami z konta, na które przychodziły moje dochody.
W końcu, po wnikliwym śledztwie uznano, że jednak pracowałem tam, gdzie pracowałem, nie podrobiłem pisma z księgowości, ani też moich PIT-ów i wyciągów z konta. Nie wręczyłem też korzyści majątkowej. Orzeczono, że jestem wolny, że już nie muszę stawiać się na dozór policji, a i z kraju wyjeżdżać mogę. Oczywiście, aby otrzymać z powrotem mój paszport, muszę osobiście zapierdalać do Urzędu Wojewódzkiego we Wrocławiu, czyli wziąć urlop i zrobić jakieś 350 km w jedną stronę. A przecież osobiście dostarczyłem go do ręki pani prokurator. Czy nie powinno być tak, że zapierdala do mnie kurier z prokuratury, albo jakiś policjant – w końcu policjanci podobno wykorzystywani są do dowożenia wódki, żarcia czy dziwek wyżej postawionym urzędnikom – wręcza paszport i bombonierkę w ramach przeprosin.
Od czasu, gdy odzyskałem wolność mija miesiąc, co oznacza, że trzy tygodnie temu moje 30 kafli powinno być już na koncie. Z ustawowymi odsetkami, dzięki którym z państwa polskiego wyciskam 45 zł miesięcznie. Od 30 kafli!
Kasy jeszcze nie ma. Ale to nic. Na pytanie dlaczego, dupek z prokuratury przez telefon tłumaczył mojemu prawnikowi, że po pierwsze był na urlopie, a poza tym, on nie wie, na jaki numer konta mi kasę przelać. Bo przecież 30 kawałków przyniosłem w worku na ramieniu, niczym Mikołaj, nie wykonując przelewu bankowego z mojego konta. 
Najpierw nasyłają policję, robią z człowieka przestępcę, każą wpłacać kasę, bo inaczej grozi trzymiesięczny areszt, a później mają problem z ustaleniem czegoś takiego, jak numer konta. A przecież wiedzę gdzie mieszkam, jaki mam numer telefonu i nawet, jaki jest charakter mojego pisma.
Kurwa, uwielbiam ten kraj!

sobota, 16 lutego 2013

Bo trzeba godnie zapłacić!


Teoria ewolucji zakłada, że potomkowie człowieka wypełzli z wody i potem powoli przestawali pełzać, systematycznie przybierając coraz bardziej wyprostowaną formę. Oczywiście, przez całe lata było to negowane przez kościół, czyli nieprawdziwe. Czarownice i ich praktyki też były nieprawdziwe, dlatego wielka inkwizycja, czyli coś w rodzaju Radia Maryja sprzed lat, na niby paliła je na nieprawdziwym stosie nieprawdziwym ogniem. Czarownice, nie ich praktyki.
Ewolucja to proces ciągły, dziejący się nieustannie, polegający na stopniowych zmianach, zachodzących w danym organizmie. Jesteśmy poddawani mu całe życie, podobnie jak życie poddaje nas stale różnym próbom. Najcięższej zostałem poddany w zeszłym roku, wraz ze śmiercią mojego Taty. Potem zaobserwowałem u siebie ewolucję, którą mogę porównać tylko z rewolucją. A dotyczyła ona instytucji kościoła. Dotyczyła, bo to temat u mnie już zamknięty...
Jako dziecko pamiętam, że ksiądz to był ktoś. Co tydzień Rodzice kazali mi chodzić do kościoła, co było dość upierdliwe. Bo to ławka twarda, klęczeć trzeba, drzeć mordę, a i wymawiać ciągle te same formułki, zwane modlitwami. Z drugiej strony, ksiądz był autorytetem, potrafiącym przez 20 minut mówić o jakichś sprawach, których totalnie nie rozumiałem.
Apogeum mojej wiary sięgnęło zenitu wraz z pierwszą komunią. To było przeżycie. Dostałem rower i zegarek z 16 melodyjakmi, podczas gdy wszyscy koledzy mieli taki z ośmioma. Mama i Tata zrobili mi huczną imprezę, no i w końcu mogłem się wyspowiadać. Z samych strasznych rzeczy, o jakich dowiedziałem się od księdza. Czyli z przeklinania, łapania dziewczyn za włosy, niesłuchania rodziców, niechodzenia do kościoła i podobnych. 
Później było już mniej fajnie, bo i w szkole ksiądz był mniej fajny, a całowanie ręki Henia Gulbinowicza podczas bierzmowania i jego złotego pierścienia jakoś nie spodobało mi się. Taką robotę załatwiła mi moja ukochana Babcia, kochająca dziś pewną rozgłośnię radiową. Z drugiej strony, koleżanka, która ze mną witała owego jegomościa, była zacnie zbudowana, więc i miała za co dziękować Bogu, i Heniowi. Oczywiście, w przeciwieństwie do mnie.
Na studiach już przestałem chodzić do kościoła, bo coraz mniej mi się podobało to, co wyprawia się dookoła. Pedofilia, dzieci, żony, zamiatanie brudów pod dywan, mnóstwo przeróżnych przywilejów podatkowych, jakie mają dostojnicy kościoła. Na dodatek ultrasi z Radia Maryja, tak kochający Boga i jego przykazania, że aż wyznają zasadę, znaną zresztą z wypraw krzyżowych, i mówiącą, że jeśli nie jesteś z nami, to jesteś przeciw nam.
Ewolucja związana z moim postrzeganiem kościoła i księży zakończyła się w zeszłym roku. Praktycznie cały obowiązek pochówku Taty spadł na mnie. Najpierw wizyta w szpitalu. Później zakład pogrzebowy, czyli miejsce, w którym nigdy nie byłem, prócz dnia kiedy Mamie kupić chciałem takie rękawice-kabaretki na sylwestra.
Pani przemiła, przesympatyczna i rozumiejąca moją sytuację – „prawdziwa hiena cmentarna”, jak to się mawia o niej i osobach z jej branży! Do wypełnienia papiery, do ustalenia różne szczegóły. W końcu przychodzi czas na wizytę w parafii. Ksiądz denerwuje się, że msza ma być w kaplicy cmentarnej, a nie w sobotę o 7 rano w kościele, bo pochówek jest przecież o 11.00, a Tatę znano tylko u nas na dzielni. Nigdzie indziej!
Później ugina się, robi cholerną łaskę, bo w swoich papierach nie ma wpisane, że w połowie lat dziewięćdziesiątych XX w. Tata przekazał parafii darowiznę w postaci farb do pomalowania elewacji kościoła i wnętrza oraz do pomalowania jego filii. Traktuje mnie przedmiotowo, a nie podmiotowo, jak „cmentarna hiena”, nie zważając w ogóle uwagi na fakt, że dosłownie przed chwilą odeszła osoba, która bardzo dużo dla mnie znaczyła. Chama kawał, na dodatek z włosami zafarbowanymi na czarno i orlim nosem.
Apogeum ma miejsce tuż przed wyjściem. Na moje pytanie, ile należy się za pochówek Taty, słyszę - „jeśli zależy Panu, aby Pana Tata został godnie pochowany, to proszę godnie zapłacić”!
Chętnie zapłaciłbym za niegodny pochówek... tego księdza. I to niezłą sumkę, bo godnie pochować to jego psi obowiązek!
Za takiego „opiekuna mojej duszy” i jemu podobnych, to ja serdecznie dziękuję!

P.S. Wspomniany ksiądz pochodzi z wrocławskiej Parafii Świętej Trójcy.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Chwytaj każdą okazję!

Jest takie stare przysłowie - każda potwora znajdzie swojego amatora”. Z biegiem lat coraz bardziej w nie wątpię, podobnie jak w to, że gdzieś tam jest twoja druga połówka, tylko musisz ją znaleźć”. To stwierdzenie często słyszałem z ust mojej Babci, niestety już świętej pamięci. Oczywiście, w moim życiu poszukuję nieustannie, choć coraz mniej mi się już chce, ale i tak najczęściej udaje mi się znaleźć drugie połówki o imionach Bols”, Wyborowa” czy też Absolut”. Wątpię, by moja Babcia zaakceptowała ich imiona, zresztą rodzice też raczej nie byliby tym zachwyceni.
Od lat słyszałem i nadal słyszę, że w Polsce jest więcej kobiet niż mężczyzn. Dysproporcja płci wynosi 52 do 48 procent! Dobra moja! Czyli nie muszę się starać, zabiegać, bo przecież kobiet jest i tak więcej, a więc inicjatywa powinna leżeć po ich stronie. Niestety, wcale tak nie jest. Na pewno nie w moim przypadku, mimo że próbowałem już wszystkiego - worka na ryj, modnego ciucha, sportowej fury, a nawet dyska w remizie niedaleko miejscowości Pukawica. Pukawica rzeczywiście była, ale później przez kilka dni bolała mnie szczęka, żebro i pięść. Najmocniej szczęka.
Po fali niepowodzeń postanowiłem zgłębić problem. W 2010 roku w naszym kraju mieszkało 38,2 miliona ludzi, nasz średni wiek wynosił 37,3 lat, z czego mężczyźni mieli 35,3, a kobiety - 39,4 lata. Najgorsze jest jednak to, że w moim przedziale wiekowym na 100 mężczyzn przypada 97 kobiet. Nie mniej martwi mnie też to, że daleko mi do Leonardo di Caprio, Justina Timberlike'a czy Toma Cruise'a. Zresztą tego ostatniego szanuję za rolę w filmie „Magnolia” i tekst „rispect the cock”, który wcielam w życie za każdym razem, gdy zbliża się do mnie niezbyt ładna, narypana laska. Wstyd przyznać, ale podczas imprezy sylwestrowej, którą pamiętm jak przez mgłę, tańczyłem z takimi trzema. O 5 nad ranem, a później kolega, akurat niepijący, wmawiał mi, że doszło do jakiejś bliższej interakcji... Byłem pewien, że nie, choć w pewnym momencie coś we mnie zaczęło pękać. Później w koledze też coś pękło, bo przyznał się do swojego żartu!
Nie do śmiechu jest za to Chińczykom. Już teraz na 100 kobiet przypada tam 117 mężczyzn, a według szacunków naukowców w 2020 roku płci brzydszej ma być o 30 milionów więcej niż płci pięknej. Wynika to w głównej mierze z zakorzenionego w tamtejszym społeczeństwie przekonania o większej przydatności syna niż córki. To właśnie on ma zapewnić podstawowe wsparcie rodzicom i opiekę nad nimi po przejściu na emeryturę. Dlatego też wszystkim młodym Chińczykom radzę, by najpierw wybadali, gdzie jest więcej kobiet niż mężczyzn i potem wiali ze swojego kraju. Jeśli chcą jednak zostać, to niech chwytają się każdej okazji, bo druga może się nie przydarzyć, a hasło „rispect the cock” najlepiej niech schowają gdzieś głęboko do kieszeni...
Jednak mój Sylwester nie był taki najgorszy!

środa, 18 stycznia 2012

O brzydocie wierszem i... kotem




Pół dupy zza krzaka wygląda,
Postać z brązowym oczkiem w tę stronę spogląda,
Brzydota wszakże to nieopisana,
Aż dziw, że przez naturę zaakceptowana,
Po dłuższym zerkaniu,
Kontur postaci analizowaniu,
Dziwadło kształtu znajomego przybiera,
Dupotwarz ludzi swą urodą nabiera!

piątek, 13 stycznia 2012

Po dłuższej chwili, o chwili!

Mój kolega stwierdził, że naukowcy usystematyzowali pojęcie chwili. Bardzo mnie to zaintrygowało i przeszukałem cały polski Internet, by je znaleźć. Niestety, bez skutku. Dlatego też po chwili sięgnąłem po angielską definicję chwili. Znalezienie jej zajęło mi dosłownie krótką chwilę, ale przetłumaczenie jej - już sporo czasu. Bo jak się okazuje, chwila ma wiele znaczeń.
Najprostsza definicja brzmi, że to po prostu bliżej niezidentyfikowany odstęp w czasie. O tym akurat nieraz przekonali mnie moi znajomi, przyjaciele i współpracownicy. W szczególności jeden, który wręcz pasjonuje się zegarkami, co rusz kupuje nowe, a gdy ma już na ręce - nieustannie się w nie wpatruje. Zapewne właśnie dlatego jego pięć minut potrafi się rozciągnąć w czasie o 30 minut, zakrzywiając czasoprzestrzeń w sposób, o jakim Einstein nie marzył. Stąd nachodzi mnie refleksja, że czyjaś chwila może wydłużyć moją chwilę i osób od niej uzależnionych. Przynajmniej chwilowo! Uwielbiam też karteczki zostawiane czasem za szybą kiosku z napisem „wracam za chwilę”. Czyli kiedy?  
Drugie określenie chwili wskazuje na specyficzny punkt w czasie, szczególnie teraźniejszym. Pamiętam, jak kiedyś odebrałem telefon z pytaniem czy jest mój brat. Odpowiedziałem dość wymijająco, iż nie może podejść w tej chwili do telefonu, bo mówi, że śpi. I się rozłączyłem. W jednej chwili, tym bardziej że druga strona jakoś nie wiedziała, co odpowiedzieć. 
Chwila podkreśla też jedyne w swoim rodzaju, niesamowite wydarzenia.Takie, które zapadają w naszej pamięci na bardzo długo, niezależnie od tego czy są pozytywne czy też negatywne. Filozofowie uważają, że to „faza, część składowa logicznego myślenia”. I ja się z nimi jak najbardziej zgadzam! Miałbym pewne opory, gdyby w tej definicji nie było słowa „logicznego”, bo niedawno długo zastanawiałem się nad tym, czy Andrzej Lepper powiesił się na sznurze do snopowiązałki czy na takim zwykłym, klasycznym. I niestety, nic nie wymyśliłem.
Definicje fizyków i statystyków są dla mnie jakimś abstraktem. „Tendencję do obrotu wokół własnej osi” jeszcze jakoś rozumiem, bo czasem wychodząc z knajpy, mam podobne, ale „wartość oczekiwana pozytywna integralnej zmiennej losowej; pierwszy moment to średnia rozkładu” (tak mi przetłumaczył google translator) to totalny kosmos. 
Rzeczywiście naukowcy usystematyzowali pojęcie chwili, ale kto usystematyzuje ich język, tak, by trafił do wszystkich? Taki się chyba jeszcze nie narodził, a może się po prostu nie da, dlatego też pozostanę przy niedawnym przykładzie z mojego życia o tym, że wczorajsza impreza w jednej chwili przeleciała mi przed oczami...
Gdzie? Tam, gdzie się chodzi na jedną chwilę albo na dwie chwile. 

środa, 4 stycznia 2012

Wypadł czy pojechał?

Kiedyś popełniłem straszne fo pa. Ba, żeby to raz! Ale w tym konkretnym przypadku skończyło się na przeprosinach i sprostowaniu. Pisałem akurat do pewnego periodyku artykuł na bardzo ciekawy temat. Mianowicie o naczepach samochodowych. Naczepach, wykonanych ze stali typu „Domex”, czyli „gorącowalcowanej o ekstra wysokiej wytrzymałości”, cokolwiek to oznacza... Tyle tylko, że wszystko mi się pomyliło i ze stali „Domex” zrobiłem stal typu „Durex”. Bardziej przez zbieżność nazw niż z powodu wydarzeń uprzedniej nocy. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że artykuł przeszedł przez korektę, Naczelnego i nikt nic nie zauważył. A przecież „Durex” to bardzo znany producent gumek i innych akcesoriów do użytku zewnętrzno-wewnętrznego. 
W Nowym Roku, przeglądając strony internetowe z wiadomościami, natrafiłem na nieco inne fo pa. To była relacja z Rajdu Dakar na stronie TVN24. Na początku straszna informacja o śmierci motocyklisty, natomiast później tekst – „znakomicie wypadł Krzysztof Hołowczyc”. Wypadł z drogi w świetnym stylu? Wypadł z dwoma saltami i poczwórnym tulupem? Dostał same maksymalne noty za sposób wypadnięcia? Czy może pojechał jak z nut? Oczywiście, że pojechał świetnie, zajmując drugie miejsce, o czym czytam w dalszej części informacji. 
Problem polega na tym, że w języku polskim jest tak wiele słów, które można by użyć w zastępstwie tego nieszczęsnego i nikomu niepotrzebnego wypadł. Czemu nie napisać najnormalniej w świecie, że „pojechał znakomicie” czy „podróżował świetnym tempem”. Można też wspomnieć, że „Krzysztof Hołowczyc pokazał się ze znakomitej strony”, choć w tym przypadku ktoś może zadać pytanie – „z której?”. Przecież każdy wie, że Hołek wygląda znakomicie szczególnie amfas i jak się uśmiecha.
Do wspomnianego tekstu z TVN24 pasują jeszcze słowa: „zaliczył znakomity start”, „osiągnął świetny wynik”, a nawet, tak bardziej przewrotnie, „prawie wszystkim pokazał środkowy palec” czy też „swoje plecy” (mniej przewrotnie). Krzysztof Hołowczyc mógł jeszcze „przebyć pierwszy etap znakomitym tempem”, „pokonać go w bardzo dobrym czasie” oraz „zostawić niemal całą stawkę z tyłu”. Tak naprawdę obowiązuje tu zasada, jaką poznałem przechadzając się ulicami Bangkoku, brzmiąca: „do wyboru do koloru”, choć większość akurat tam była w kolorze typowym dla mieszkańców Azji.
Czepiam się? Tak! Jak najbardziej! Dlatego, że w Internecie dominują jednocześnie szybkość informacji, za co mu chwała, jak i fuszerka, bylejakość, tandeta oraz niechlujność! Nawet na stronach poważnych firm, które chcą mieć treści w Internecie, ale nie zawsze dbają o ich jakość.
Dla słowa „wypadł” użytego w informacji TVN24 istnieje jednak proste, typowo polskie wytłumaczenie. W końcu dzień wcześniej był Sylwester. A niezakrapiany Sylwester to żaden Sylwester! Zresztą myśląc o wpadkach noworocznych przed oczami mam prezentera wiadomości – niejakiego Jarosława Gugałę – któremu w 1994 roku język plątał się tak, jakby chciał nim zawiązać sznurowadła.
Oj, Jarek nie wypadł znakomicie!

piątek, 30 grudnia 2011

Autoeugenika

Prędkość zabija” - te słowa słyszę niemal w każdej policyjnej wypowiedzi na temat naszych przykrych statystyk drogowych. Jeremy Clarkson z kolei twierdzi, że główną przyczyną wypadków nie jest prędkość, tylko nagłe wytracenie jej. Szczególnie na drzewie, latarni czy innym samochodzie. Ja zaś jestem zdania, że za większość wypadków drogowych odpowiada ludzka głupota. 
W Stanach Zjednoczonych przez ponad 60 lat władze po cichutku, bez zbędnego rozgłosu doprowadziły do wysterylizowania ponad 60 tys. osób. I nie chodziło tutaj o ograniczenie przyrostu naturalnego, tylko o stworzenie lepszego społeczeństwa. Społeczeństwa, w którym eliminuje się możliwość reprodukcji przez tak zwanych „nieprzydatnych” osobników. Czyli upośledzonych ekonomicznie i społecznie. Lub, jak kto woli - po prostu głupich. W programie uczestniczyły 33 stany, a jego słuszność podkreślał nawet Sąd Najwyższy, w swoim uzasadnieniu pisząc, że „trzy generacje imbecyli wystarczą”.
Najbardziej eugenikę (selektywne rozmnażanie) rozpowszechniły nazistowskie Niemcy. Celem było stworzenie „czystej” rasy germańskiej - wysokich blondynów o niebieskich oczach. Dlatego też w stylu typowym dla Trzeciej Rzeczy, a więc z rozmachem, sterylizacji poddano setki tysięcy ludzi umysłowo upośledzonych, a dziesiątki tysięcy - eutanazji. Trzecim krajem, gdzie prowadzono program eugeniczny była Szwecja. Wszystko odbywało się tam pod przykrywką instytutu poświęconego higienie rasowej. 
Nie jestem fanem eugeniki. Pomimo szczytnej idei, jest ona najnormalniej w świecie niemoralna. Dlatego też uważam, że najlepsze rozwiązanie może podpowiedzieć sama natura. Ostatnio zresztą byłem tego świadkiem. 
Pewnego młodego, 19-letniego chłopaka bardzo przycisnęło. Że chciał zwiększyć swoje doznania seksualne, to postanowił nie brać viagry do ust, tylko zaaplikować ją sobie w inny sposób. Z szybkością Corega Tabs rozłupał niebieską kapsułkę w drobny mak, potem wymieszał ją z wodą i nabrał do strzykawki. Później zaś... Zaczęło puchnąć.
Do szpitala zabrała go karetka. Zawsze, gdy podobne „gwiazdy” przyjeżdżają na ostry dyżur, nagle przestaje obowiązywać tajemnica lekarska, informacja trafia do całego personelu w oka mgnieniu, a do pacjenta zaczynają przychodzić pielgrzymki. W końcu jest to nowy, niezbadany jeszcze przypadek, któremu trzeba się przyjrzeć. Choćby dla własnego doświadczenia!
Niestety, pomimo wielu starań i prób podejmowanych przez personal medyczny, reanimacja uszkodzonego organu nie powiodła się. Zamiast ostrego rżnięcia było nagłe cięcie, a w miejsce kuśki wstawiona została rurka. W wieku 19 lat! Nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić, jak poirytowany musi być ten osobnik, ale dla mnie życie straciłoby sens!
Z drugiej strony, dokonał on czegoś, co na pewno nie śniło się Francisowi Galtonowi - twórcy eugeniki. Jest bowiem namacalnym przykładem na to, że eugeniki mogłoby nie być, bo w przyrodzie występuje autoeugenika! I wcale do niej nie potrzeba tony stali, silnika i czterech kół. 
Ani też spisywania testamentu!

niedziela, 25 grudnia 2011

Poczuj magię świąt!

Uwielbiam święta kościelne. Za ich klimat, życzliwość ludzką, jaka się wtedy nagle objawia oraz za możliwość spędzania czasu w gronie rodzinnym. Bezcenne! Uwielbiam za to, że wszystko jest pootwierane, za to, że mogę robić co mi się rzewnie podoba, a nie przejmować tym, czy coś wypada czy nie wypada.
Boże Narodzenie to cudowny czas. To czas narodzin Jezusa Chrystusa - naszego Zbawiciela. Dlatego, jak byłem mały, wmówiono mi, że w domu musi lśnić choinka, a pod choinką - prezenty. Wmówiono mi, że święta muszę spędzać z rodziną i wspólnie przeżywać ten niezwykły okres.
Przeżywać co? To, że mam rodzinę tylko na starych zdjęciach? To, że moja Mama spina się, by przygotować święta, bo przecież wypada, a później otwiera flaszkę i nie pozwala na to, by było bardziej normalnie niż rok temu? To, że się dzielimy opłatkiem, składamy życzenia, obżeramy przy wspólnym stole, otwieramy prezenty i generalnie po chwili każdy już szuka zajęcia dla siebie, bo rozmowa się nie klei. Trwa to wszystko może z 40 minut, gdyż na stole jest pełno potraw, a każdą powinno się spróbować!
Podczas wczorajszej Wigilii było nieco inaczej niż do tej pory. Może nawet nieco normalniej, bo z bratem do domu rodzinnego przywieźliśmy kilka gier planszowych. Dzięki temu integracja przedłużyła się do ponad trzech godzin. Ostatnio tak dużo czasu spędziłem przy wigilijnym stole za życia mojej Babci, która miała ten unikalny dar, sprawiający, że rodzina jakoś potrafiła się ze sobą dogadać, integrować. Ale to minęło bezpowrotnie jakieś 12 lat temu. Słowo klucz do tej zagadki to... kostucha!
Już dawno temu przestałem wierzyć w instytucję kościoła. Przestałem wierzyć w magię Bożego Narodzenia, bo tej magii, przynajmniej w moim domu, nie ma. Święta to komercja. To nabijanie kasy kościołowi, sklepom i hodowcom ryb. To zatrważające policyjne statystyki z naszych dróg. Najpierw taki uduchowiony jegomość modli się, jak nakazują mu wiara i tradycja, zjada kolację, wlewa w siebie kieliszek wódki za kieliszkiem, a później siada za kierownicę swojego samochodu i „trzeźwy” odjeżdża do domu. Tego uczy go wiara chrześcijańska? Tak się objawia umiłowanie dla bliźniego? Chyba nie do końca o to tu chodzi.
Jakoś przetrwam dzisiejszy wieczór i jutrzejszy dzień. Telewizora nie ruszam, bo w kółko leci to samo. Rok w rok. Pozostają mi książka, komputer oraz wizyta u znajomych. Bo okazuje się, że najbardziej rodzinną atmosferę można znaleźć z dala od rodziny. Tam, gdzie nikt nie ma do nikogo pretensji o majątek Dziadka, działkę Babci czy zastawę świąteczną Cioci.
Ale i tak najbardziej w tym wszystkim szkoda mi karpi, które magię świąt czują poprzez ostrze noża, siekiery czy tasaka. I nikomu nie wmówi się, że można inaczej, na przykład bez mięsa!
Bo tradycja jest tradycją! Naszą spuścizną. I tego zmieniać się nie powinno!
Bo NIE!

piątek, 23 grudnia 2011

Pfu! Siedziałaś na piasku?

Jedna z moich koleżanek twierdzi, że na pewnych częściach męskiego ciała włosów być nie powinno. Ba, kiedyś w czasie podróży samochodem zrobiła mi o tym wykład. Zupełnie znienacka. Wzięła mnie z zaskoczenia, bo na jej pytanie czy golę sobie jajka, jeszcze wtedy nie byłem w stanie odpowiedzieć twierdząco. Może i trochę ją to do mnie zniechęciło, ale nie zniechęciło do przedstawienia mi wszystkich argumentów za. Bo golenie jajek jest przecież takie higieniczne, takie modne, a poza tym gładkie jądra są delikatne w dotyku i tak fajnie przechodzą między palcami, gdy je popieścić. Był jeszcze jeden argument, dzięki któremu przypomniał mi się najlepszy i jednocześnie najkrótszy kawał, jaki znam - „pfu! siedziałaś na piasku?”.
Zdecydowanie gorzej mają osobnicy, u których gęsty „szetland” pokrywa niemal całe ciało. Te kłębki czarnych „włochów” na brzuchu, klacie i plecach muszą być bardzo upierdliwe. Dla większości osób to zresztą też nadzwyczaj wstydliwy problem.
Ale są wyjątki! Pamiętam pewnego dozorcę z internatu w Rzeszowie. Facet po sześćdziesiątce, siwy, rozpięte trzy czy cztery górne guziki koszuli. Spomiędzy nich wystaje naprawdę gęsty „dywan”. Na dodatek tak długi i sterczący ku górze, że tworzy niemal jedną całość z... brodą. W życiu nic takiego na własne oczy nie widziałem.  
Najlepsze w tym wszystkim są ten pietyzm, ta dbałość o nienaganny wygląd „szetlanda”. Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem, czy pan do mycia go używał szamponu, a później nakładał odżywkę, ale na własne oczy widziałem, jak grzebieniem pielęgnował swój „skarb”. I to w miejscu publicznym, a był przy tym dumny z siebie, niczym paw. 
Ostatnio bardzo często chadzam na saunę. Na taką, na której jest „strefa nagości”. Rzeczywiście, większość facetów bardzo sobie bierze to do serca i czuje się tak swobodnie, jakby byli u siebie w łazience. I to sami! Nawiasem mówiąc, szkoda, że zasada ta nie działa w przypadku pań. Przynajmniej tych atrakcyjnych!
Ostatnio też w strefie saun natknąłem się na faceta, który był szczupły, prawie łysy, a jednocześnie miał „dywan” na całym ciele. Z małym wyjątkiem. Wyjątkiem, obejmującym miejsca, o których mówiła moja koleżanka podczas wykładu w samochodzie. Przyznam, że wyglądało to zupełnie, jak polana w środku lasu. Jak biała plama na czarnej ścianie, czy jak słońce na niebie pełnym chmur. 
Zastanawia mnie czemu ten facet wykarczował jedynie jajka, skoro ma tak bujnego „szetlanda” gdzie indziej. Moja koleżanka mawiała, że nie lubi wyciągać sobie „łoniaków” spomiędzy zębów. A co z „włochami” z innych części ciała? 
Może lubi?

środa, 21 grudnia 2011

W kółko o... kółku

Kartka w drzwiach sąsiadki
Pamiętam, jak kiedyś wiązałem sznurowadła w moich butach, w ręku trzymając takie niewielkie kółko z kluczami. Rzeczywiście było ono bardzo upierdliwe. Nie dość, że ograniczało ruchy moich palców, to jeszcze wydawało z siebie metaliczne dźwięki. Na samą myśl o tym wspomnieniu przez moje ciało przechodzą drgawki i dostaję gęsiej skórki, dlatego zawsze przed snem staram się od niego uciekać. Innym razem, będąc na karuzeli, kolega tak mną zakręcił w kółko, że po jej zatrzymaniu, nie mogłem złapać oddechu, o równowadze już nie wspominając. Niestety, to nie były jedyne konsekwencje ruchu  „kołowego”  karuzeli. Resztę można było znaleźć, przynajmniej przez jakiś czas, w sąsiednich krzakach.
Nie znoszę też, gdy ktoś w kółko gada o jednym i tym samym. Specjalistką w tego typu wypowiedziach jest moja Mama, nieustannie nadająca na mojego Tatę. A to, że w 1976 r. nie przepuścił jej, wychodząc z knajpy czy że w 1985 r., zamiast komputera z napędem w postaci magnetofonu, kupił taki ze stacją dysków, a nas nie do końca wtedy było na to stać. 
„kółkiem” generalnie nie mam dobrych wspomnień. No poza jednym, ale to akurat nie było kółko, tylko koło ratunkowe. Nie, całe szczęście, nigdy nie tonąłem! Okazuje się bowiem, że koło ratunkowe, oprócz swojej podstawowej funkcji, może też spełniać funkcję rozrywkową. Idealnie wręcz nadaje się do konsumpcji taniego wina na środku mazurskiego jeziora, co nieraz sprawdziłem. Ma tylko jeden mankament - brak uchwytów na kubki, zwanych popularnie „cup holderami”.
Jeśli kółko z balkonu mojej jednej sąsiadki, tak bardzo przeszkadza drugiej sąsiadce, że wtyka jej kartki w drzwi, to dołączam się do apelu o pozbycie się go. Bo kółko twój wróg! A kółko, uderzające o pręty „jak jest wiatr”, to znacznie gorsze kółko niż takie, które uderza o pręty podczas wiatru. To pierwsze uderza przecież nieustannie! I jeszcze nie można spać. Bo przecież w całym bloku obowiązuje jakiś odgórny zakaz! Ja akurat czasem go łamię, dzięki czemu zdarza mi się sypiać. Nawet jak się nie da.
W końcu ma się od czegoś ten barek. Cholera, ja w kółko o tym samym!